Na oddział wejść nie można, dodzwonienie się do lekarza to cud: rzeczywistość pacjenta w dobie koronawirusa

Na oddział wejść nie można, dodzwonienie się do lekarza to cud: rzeczywistość pacjenta w dobie koronawirusa

Lublin, kwiecień 2020 r. Pielęgniarka podczas dyżuru w polowej izbie przyjęć. Zdjęcie Jacka Szydłowskiego zostało nagrodzone Grand Press Photo 2020
Lublin, kwiecień 2020 r. Pielęgniarka podczas dyżuru w polowej izbie przyjęć. Zdjęcie Jacka Szydłowskiego zostało nagrodzone Grand Press Photo 2020
Kolejki do specjalistów nawet na kilka lat, skracanie kolejek przez prywatne wizyty u lekarzy, kładzenie do szpitali tylko po to, by wykonać badania, a przede wszystkim wszechpotężna biurokracja: absurdów w służbie zdrowia nie brakowało przed epidemią. Koronawirus spowodował, że w miejsce jednych pojawiły się inne. Czasem śmieszne, częściej straszne.

Marzec 2020: kolejka przed izbą przyjęć renomowanego warszawskiego szpitala. Osoby głównie 60 plus, dwie o kulach, czekają na dworze od 7 rano na planowe przyjęcia. Temperatura około zera. Drzwi zamknięte, na dzwonki nikt nie odpowiada. Po 8 zza drzwi wychyla się rejestratorka, tylko po to, by więcej nie dzwonili, bo przyjęcia się zaczną, jak po pacjentów zejdą lekarze z oddziałów. Kolejne pół godziny, pierwsze dwie osoby wywołane. Starsza kobieta próbuje o coś spytać, ale drzwi znów się zamykają. 65-latek o kulach nie ma już siły opierać się o mur. Macha ręką, wraca do domu. Jego żona naciska dzwonek coraz bardziej rozpaczliwie. Biegnie za mężem, próbując skłonić go do powrotu. Gdy drzwi izby przyjęć w końcu na moment się otwierają, pacjent o kulach jest już za daleko, by wracać.

Odwoływane zaplanowane zabiegi, badania diagnostyczne, pozamykana część przychodni, trudności z wezwaniem karetki, skontaktowaniem się z lekarzem, pustki w szpitalach. I bezradność: rzeczywistość wielu niecovidowych pacjentów w czasie epidemii.

Strach, czyli rzeczywistość pacjenta

75-latek, silne bóle brzucha, nie jest w stanie wstać. Żona dzwoni po pogotowie. Dyspozytor pyta o pobyt za granicą, kontakt z osobami zakażonymi COVID-19. Gdy słyszy odmowne odpowiedzi, radzi podanie no-spy i kontakt następnego dnia z lekarzem rodzinnym, gdyby ból nie minął, bo pogotowie do takich przypadków nie przyjeżdża. – Mamy epidemię, a chce pani męża zawieźć do szpitala? – słyszy w słuchawce. Podaje więc no-spę, ale ból jeszcze bardziej się nasila. Pogotowie nie przyjedzie, więc dzwoni po taksówkę, sprowadza z trzeciego piętra słaniającego się na nogach męża i jedzie z nim na izbę przyjęć. Od razu podłączają go pod kroplówkę. Następnego dnia jest już operacja: ból był spowodowany niewykrytym wcześniej rakiem jelita grubego. Gdyby nadal podawała no-spę i czekała do rana, mógłby nie przeżyć.

W mediach słychać zalecenia ekspertów, by nie zwlekać z wezwaniem pogotowia przy podejrzeniu udaru mózgu czy zawału serca. Specjaliści niepokoją się, że liczba wezwań spadła, zwłaszcza do udarów średniego stopnia, przy których pacjent nie traci przytomności, ale pojawiają się np. zaburzenia mowy, czucia, delikatny paraliż jednej części ciała. Tego typu udary mogą powodować trwałą niepełnoprawność.

Monika przy podejrzeniu udaru u mamy od razu zadzwoniła na pogotowie. – Mama zaczęła niewyraźnie mówić, miała problem z równowagą. Pytają, czy w ostatnim czasie nikt z nas nie był za granicą. Od trzech tygodni granice są zamknięte, wszyscy siedzimy w domu na kwarantannie! Dyspozytor przełącza na inny numer, padają te same pytania. Po godzinie przyjeżdża karetka: ratownicy w przyłbicach zanim wejdą do domu, znów zadają te same pytania, czy nie byliśmy za granicą i nie mieliśmy kontaktu z osobą zakażoną – opowiada Monika.

W końcu karetka zabiera pacjentkę do szpitala. Na oddział wejść nie można, dodzwonienie się graniczy z cudem. Mama nie odbiera komórki, choć podobno jest przytomna. Od pielęgniarek słyszę sprzeczne informacje, z lekarzem nie ma kontaktu. – Rozumiem, że nie mogę wejść do szpitala, że wszyscy się boją, że lekarz ma dużo pracy, ale czy nie może wyznaczyć godziny dziennie na kontakt z rodziną pacjentów? – pyta Monika. Czuje się bezradna.

Epidemia w trudnej sytuacji postawiła pacjentów z chorobami rzadkimi, którzy nie są w stanie uzyskać pomocy w każdym szpitalu – niewielu lekarzy zna specyfikę ich schorzeń.

Warszawa, 40-latek, ciężka postać hemofilii, uraz głowy, rozcięty łuk brwiowy. Obawia się, czy nie doszło do krwawienia do mózgu (przy hemofilii krew wolniej krzepnie, stąd nawet niewielki uraz głowy to duże ryzyko zgonu, konieczne jest jak najszybsze podanie czynnika krzepnięcia). Jedzie do szpitala, który jest ośrodkiem referencyjnym leczenia tej choroby. – Drzwi do szpitala zamknięte (koronawirus). Obszedłem szpital od każdej strony – relacjonuje. Z parkingu dzwoni, prosząc o przyjęcie. Telefonu nikt nie odbiera, choć numer powinien działać 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. – Był środek nocy, podałem mu numer bezpośrednio do kliniki, pani doktor początkowo nie chciała nawet zejść, odsyłała na SOR do innego szpitala.

Chory powiedział, że będzie czekał tak długo, aż ktoś mu otworzy drzwi, bo w innym szpitalu nikt nie będzie miał pojęcia, jak pomóc pacjentowi z chorobą rzadką. Lekarka w końcu uległa – opowiada Bogdan Gajewski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Chorych na Hemofilię.

Inowrocław, 40-latek z hemofilią ciężką, silnym krwawieniem do klatki piersiowej. Lekarze nie potrafili opanować krwawienia. Został odtransportowany samolotem do Warszawy. Instytut Hematologii początkowo nie chciał go przyjąć, ponieważ pacjent nie miał wykonanego testu w kierunku koronawirusa. W ciężkim stanie chciano chorego odesłać do Inowrocławia. Interweniowali koledzy ze stowarzyszenia i chirurdzy; gdyby nie ich upór, pomoc i szybko przeprowadzona operacja, pacjenta dziś już by nie było na świecie. Epidemia wyostrzyła absurdy, z którymi chorzy borykają się od lat.

Biurokracja, czyli absurdy od strony lekarza

– Sytuacja sama w sobie jest surrealistyczna, świat się zmienił zarówno dla pacjentów, jak i dla lekarzy – mówi dr Michał Sutkowski, specjalista medycyny rodzinnej z Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce. Opowiada o absurdach na pierwszej linii frontu, czyli w gabinetach lekarza rodzinnego.

Telefon: „Panie doktorze, niech pan coś zrobi!”. Pacjent na kwarantannie, stan się pogorszył, jest w szpitalu jednoimiennym z potwierdzonym COVID-19. Żona, zaniepokojona tym, że kilku mężczyzn bez przerwy kręci się wokół ich domu i obchodzi go z każdej strony, dzwoni na policję.

Okazuje się, że to policjanci, którzy sprawdzają, czy mąż nie opuścił mieszkania podczas kwarantanny. Ponieważ nie odbierał telefonu, wystawili mandat.

Pacjentka, rocznik 1934, wypisana ze szpitala, w którym było dużo zakażeń covidowych. Nie zrobiono jej badań, ale przy wypisie lekarz stwierdził, że ponieważ na oddziale były zakażenia, to musi dwa tygodnie być na kwarantannie. Syn nic nie wie, więc przywozi mamę do domu, gdzie mieszka jeszcze drugi syn, przychodzi też córka, zięć, dzieci. W sumie 9 osób. Wszyscy muszą teraz zostać na kwarantannie.

– Dzwonią do mnie po 10 dniach, czują się dobrze, tylko mama trochę gorączkuje. Mówię, że na pewno skontaktuje się z nimi sanepid. Po kilku dniach znów telefon, okazuje się, że nikt nie przyjechał. Dzwonię do sanepidu: nie mają żadnej informacji, że ktokolwiek miał być na kwarantannie! Dzwonię do szpitala: pacjentka zgłoszona. Znów do sanepidu: okazuje się, że szpital pomylił nazwisko pacjentki, dlatego sanepid nie mógł jej odnaleźć. Ponieważ starsza pani mocniej gorączkuje, wysyłam ją do szpitala jednoimiennego, potwierdzają COVID. Ma COVID, więc rodzina dalej zostaje na kwarantannie. Po 10 dniach starsza pani wychodzi ze szpitala, ale dalej musi być na kwarantannie, i cała rodzina też, ponieważ się z nią styka. W sumie wszyscy spędzili ponad 6 tygodni na kwarantannie – opowiada dr Sutkowski.

Zdarzały się śmieszne sytuacje: pacjent ma stan zapalny palca, gorączkuje. – Dzwoni żona pacjenta. Zapraszam męża do przychodni, bo trudno leczyć zakażenie, nie widząc go, ale pacjent boi się przyjść. Proponuję telemedycynę: „Może przyśle mi pani zdjęcie MMS-em?”. Pani po chwili wysyła zdjęcie, ale nie palca, tylko… męża! Swoją drogą, to dziwię się, że ludzie nie boją się chodzić po ulicach bez maseczki, a boją się przyjść do przychodni, która jest zdezynfekowana, lekarz przyjmuje w masce, przyłbicy, czasem w kombinezonie – mówi dr Sutkowski.

Brak maseczek i zaleceń

Pacjenci szukali lekarza, który ich zbada, wystawi receptę, bo ich lekarz rodzinny (albo specjalista) nie pracował. Przyczyną czasem była kwarantanna, z powodu której przychodnia musiała zostać zamknięta, jednak niektórzy lekarze odmawiali przyjęć, bo bali się zakażenia. Dr Sutkowski: – Nie rozumiem takich postaw. Gdyby wszyscy tak zrobili, kto by leczył? Ta epidemia to był test dla systemu ochrony zdrowia i społeczny – nie wszyscy go zdali.

Lekarzom, którzy przyjmowali, dokuczał początkowo nie tylko brak maseczek, płynu dezynfekcyjnego, przyłbic czy kombinezonów, ale też to, że każda stacja sanitarno-epidemiologiczna inaczej interpretowała przepisy dotyczące testowania i kierowania pacjentów z COVID-19 do szpitala. – Brakowało też jednoznacznych zaleceń, jak leczyć. W pewnym momencie każde lekarskie towarzystwo naukowe rozsyłało swoje rekomendacje, często sprzeczne z tym, co pisali inni specjaliści. Jako lekarze rodzinni nie zawsze zgadzaliśmy się z tymi rekomendacjami. Napisaliśmy w tej sprawie nawet pismo do ministerstwa. Dostaliśmy odpowiedź, że to tylko rekomendacje, nie musimy się do nich stosować. To prawda, ale nie było zaleceń, co robić – opowiada dr Sutkowski.

Jego zdaniem ta epidemia powinna zmienić polską ochronę zdrowia. Lekcje z niej? Mniej absurdów i biurokracji, więcej empatii i telemedycyny.

Artykuł został opublikowany w 16/2020 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0