Szukacie diagnozy? Polecamy seriale o lekarzach na Netflix i HBO

Szukacie diagnozy? Polecamy seriale o lekarzach na Netflix i HBO

Lekarze, zdj. ilustracyjne
Lekarze, zdj. ilustracyjne / Źródło: 123RF
W czasie pandemii lekarze stali się bohaterami masowej wyobraźni. Również na platformach streamingowych pojawiła się fala dokumentów o służbie zdrowia.

„Nasi bohaterowie”, „herosi”, „pierwsza linia frontu” – tak lekarzy określali hiphopowcy w #Hot16Challenge, muzycy składali im hołd koncertami on-line, mieszkańcy miast oklaskiwali medyków na balkonach, a restauracje dostarczały do szpitali darmowe jedzenie. Nawet ze strony rządzących nie słychać było ostatnio sformułowań w stylu „medyczna kasta” czy wypowiedzi: „Pokaż, lekarzu, co masz w garażu”, zaś pojedyncze przypadki stygmatyzacji pracowników szpitali jako roznosicieli wirusa spotykały się z ostrą krytyką.

W czasie epidemii zwróciliśmy spojrzenie w stronę służby zdrowia. A platformy streamingowe trzymają rękę na pulsie. W „Netfliksie” właśnie premierę ma „Szpital Lenox Hill”, a w HBO „Colectiv”. Nowe dokumentalne produkcje dalekie są od szpitalnych seriali, które szczyt popularności przeżywały kilkanaście lat temu. Ich autorzy nie szukają w losach lekarzy trzymającej w napięciu rozrywki, jak twórcy „Horych Doktorów”, „Chirurgów” („Grey’s Anatomy”), „Dr. House’a”. Zamiast tego, starają się wiernie pokazać kulisy ich pracy.

Szara rzeczywistość

Niedawne netfliksowe „Szukając diagnozy” to portret Lisy Sanders – prawdziwej odpowiedniczki doktora House’a (notabene: była konsultantką dawnego serialu). Niesie ona pomoc ludziom cierpiącym na rzadkie, nierozpoznane przez innych specjalistów choroby. – Kiedy zdawałam na studia, myślałam, że medycyna jest jak matematyka: dodajemy do siebie dane i uzyskujemy diagnozę – mówi Amerykanka. – Dopiero praktykując, odkryłam, że lekarz musi być detektywem.

Tyle, że Sanders nie wpada, jak bohater grany przez Hugh Laurie’ego, na pomysły w narkotycznym widzie, kiedy ruch wahadła w zegarze albo silnik kosiarki skojarzą jej się z mechanizmem działania organów wewnętrznych człowieka. Od 2002 r. prowadzi rubrykę w „New York Timesie”, w której opisuje różne przypadki. Za pomocą prasy i mediów społecznościowych szuka na całym świecie ludzi o podobnych objawach i konsultuje się z innymi ekspertami.

Jeszcze bardziej z „glamouru” odzierają pracę lekarza autorzy „Szpitala Lenox Hill”. Obserwują codzienność pracowników tytułowej nowojorskiej placówki. Serial wypełniają długie dyżury, ponaglanie laboratorium, aby zajęło się próbkami pacjenta, rozmowy na Skypie z rodziną w rzadkich wolnych chwilach, narady ordynatorów na temat organizacji instytucji.

Reżyserzy Ruthie Shatz i Adi Barash towarzyszą medykom także poza szpitalem. Odtwarzają ich biografie. – Mama, lekarka wojskowa, od dziecka uczyła mnie empatii i pomagania innym – mówi tu położna, a neurolog wspomina swojego ojca, zmarłego na udar w wieku 45 lat, też lekarza. Kolejne odcinki „Lenox Hill” układają się w opowieść o pracy, która angażuje niemal bez reszty i zostawia niewiele przestrzeni na życie prywatne. Ale mimo wszystko bohaterowie próbują wyszarpać dla siebie trochę szczęścia. Filmowcy obserwują ich zarówno w dobrych chwilach, choćby gdy lekarka zostaje matką, jak i tych trudnych, gdy doświadczony onkolog odkrywa, że sam ma ciężki nowotwór. „Chyba strzelę sobie dzisiaj martini z diazepamem, klasyczny zestaw kogoś, kto właśnie dowiedział się, że ma raka” – żartuje, i dodaje: „Wolałbym nie być świadomy, co oznacza ta diagnoza i jakie mam prognozy. Niestety, za dużo wiem”.

A do tego wszystkiego dochodzą historie pacjentów. Autorzy tego kalejdoskopu nie oferują łatwej opowieści o niesieniu pomocy potrzebującym. Tworzą wizję głębszą i bardziej przejmującą: wspólnoty ludzi – zarówno chorych, jak i lekarzy – znajdujących się w najbardziej bolesnych chwilach ich życia, kiedy są wyjątkowo wrażliwi na ciosy. Ale właśnie wtedy empatia i solidarność okazują się najważniejsze.

W szponach systemu

Artyści mają jednak świadomość, że lekarze są trybami w systemie, który często zawodzi. W „Colectiv” Alexander Nanau opowiada o aferze, która wybuchła w Rumunii kilka lat temu. W pożarze w tytułowym klubie muzycznym zginęło 27 osób, a 180 zostało rannych. W ciągu kolejnych czterech miesięcy w szpitalu umarło 37 pacjentów, których życiu teoretycznie nie zagrażało niebezpieczeństwo. Zostali zarażeni bakteriami na oddziale i nie przetransportowano ich wystarczająco szybko do innych placówek medycznych. Skandal doprowadził do dymisji ministra zdrowia. Ale był tylko czubkiem góry lodowej.

Reżyser obserwuje dziennikarskie śledztwo „Gazety Sporturilor” oraz pracę nowego szefa departamentu – wolnego od politycznych uwikłań specjalisty, który postanowił uzdrowić system. Najpierw wyszło na jaw, że firma dostarczająca płyn antybakteryjny do wszystkich bukaresztańskich szpitali fałszowała jego specyfikację i w rzeczywistości preparat nie zabijał zarazków. Ale każde nowe odkrycie pociągało za sobą kolejne. Obraz okazał się straszny: oszukiwanie opinii publicznej, niejasne powiązania biznesu, polityków i dyrektorów placówek, gigantyczna korupcja, defraudacje. Pacjenci umierający z robakami na całym ciele i pałeczkami ropy w uszach.

W filmie Nanau populistyczni politycy robią wszystko, aby aferę zatuszować. Żonglują faktami i statystykami, szantażują zdrowiem ludzi. A posępnym epilogiem afery stały się wybory. Wygrała partia odpowiedzialna za przekręty. „To tak, jakbyśmy żyli w innych światach” – dzwoni ojciec do urzędnika, który poległ w walce o prawdę. „Ci, którzy komentują w internecie, to mniejszość. Ten kraj nie obudzi się przez kolejne dziesięć, piętnaście lat. Co ty tu jeszcze robisz? Będziesz szarpać się, próbując obudzić ten naród?”

Na przekór ograniczeniom

Felerny sprzęt medyczny, szemrane interesy i wykorzystywanie kryzysu zdrowotnego do rozgrywki politycznej tuż przed wyborami? Wszystko to brzmi w dzisiejszej Polsce wyjątkowo gorzko. W nowych dokumentalnych produkcjach – „Colectiv”, „Szukając diagnozy”, „Szpitalu Lennox Hill” – rzeczywistość okazuje się daleka od realiów szpitala Princeton Plainsboro, w którym dr Gregory House poświęcał tydzień na diagnozę jednego pacjenta i zlecał dziesiątki drogich badań, nie patrząc na koszty. Nie tylko w skorumpowanej Rumunii. Także w amerykańskim serialu lekarze stale borykają się z niedofinansowaniem, biurokracją, koniecznością zmieszczenia się w budżecie, prowadząc kosztowne pionierskie badania i darmową izbę przyjęć. A do wszystkiego dochodzi jeszcze świadomość ograniczeń medycyny. „Przez pięć dekad wydłużyliśmy prognozowaną długość życia pacjentów z glejakiem o pięć miesięcy” – wzdycha naukowiec w serialu.

Ale są chwile, w których autorzy przypominają, że przy wszystkich ograniczeniach i bez hollywoodzkich scenariuszy, praca lekarzy wciąż imponuje. Jak wtedy, gdy neurochirurg przeprowadza operację mózgu bez narkozy, a pacjent śpiewa klasyczne rockowe piosenki i opowiada dowcipy. To robi wrażenie. A jednocześnie ratuje życie.

Artykuł został opublikowany w 21/2020 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

//