Wracając do normalności – wpływ pandemii na branżę paliwową

Wracając do normalności – wpływ pandemii na branżę paliwową

Stacja paliw MOYA
Stacja paliw MOYA / Źródło: Wikipedia / Małgorzata Piekarska / CC BY-SA 4.0
Sektor paliwowy, jak wiele innych gałęzi gospodarki, ucierpiał przez pandemię koronawirusa. Mniejszy ruch spowodowany tym, że Polacy ograniczyli swoje przemieszczanie, odbił się na sytuacji finansowej wielu stacji paliw. Rafał Pietrasina, prezes zarządu Anwim S.A., właściciela sieci stacji paliw MOYA mówi, że powrót do normalności potrwa dłuższy czas.

Stacje paliw w dobie COVID

Branża paliwowa niemal natychmiast odczuła skutki „lockdownu” w gospodarce. Było to związane z tym, że Polacy stosowali się do zaleceń władz i sanepidu i pozostawali w swoich domach. Ograniczenie przemieszczania się przełożyło się w sposób bezpośredni na obroty stacji paliw. Te znacznie spadły od połowy marca oraz w kwietniu. Klienci w dużo mniejszym stopniu byli zainteresowani również ofertą gastronomiczną stacji. Chcieli jak najszybciej zapłacić za paliwo i opuścić obiekt, a poza tym niektóre stacje prowadziły sprzedaż wyłącznie przez „okienko”. W związku z problemami w branży Konfederacja Lewiatan apelowała o zawieszenie lub obniżenie czynszów dla dzierżawców stacji benzynowych na czas epidemii koronawirusa.

- W związku ze zmniejszeniem ruchu samochodowego i tym samym sprzedaży detalicznej na stacjach paliw, drastycznie spadły obroty, zwłaszcza przy autostradach i drogach ekspresowych – mówił cytowany przez PAP Dominik Gajewski, ekspert Konfederacji Lewiatan.

W skali Europy sytuacja w Polsce nie była jednak najgorsza. Fakt, że Polska była krajem drugiego frontu pandemii, pozwolił na przygotowanie się do waliki z wirusem zarówno całemu społeczeństwu, jak i właścicielom stacji. Dla porównania we Włoszech, w nocy z 25 na 26 marca, zamknięto większość stacji benzynowych. Była to decyzja FAIB (Federacji włoskich stacji benzynowych), FIGISC (Zrzeszenia operatorów stacji benzynowych) oraz FEGICA (Włoskiej federacji sprzedawców paliw). Zarządcy stacji doszli do wniosku, że takie rozwiązanie będzie najlepsze, bowiem musieli oni ponosić koszty związane z dezynfekcją i dodatkowymi środkami bezpieczeństwa, przy znikomych obrotach. Liczbę otwartych stacji ograniczono do minimum, a te działające zlokalizowane były głównie w miastach. Stacje przy drogach szybkiego ruchu zostały zamknięte, bo zgodnie z włoskim prawem muszą one płacić wyższe opłaty koncesyjne.

Kiedy powrót do normalności?

Powrót do normalności po zamieszaniu, które wywołał na światowych rynkach, ale także i w Polsce COVID-19 może być trudny. Rafał Pietrasina, prezes zarządu Anwim S.A., operatora sieci stacji paliw MOYA mówi, że w tym roku nie ma szans na normalność. Firmy powinny zatem próbować się odnaleźć w tej nowej i trudnej sytuacji.

- Popyt powoli będzie się odbudowywał, jednak spodziewam się, że część pracowników, jak i pracodawców zdecyduje się na przedłużenie izolacji i pozostanie na dłużej przy trybie pracy zdalnej. W związku z tym powrót do sytuacji sprzed pandemii zajmie dużo czasu i raczej nie nastąpi w tym roku, a globalnie rynek naftowy odzyska swoją stabilność prawdopodobnie dopiero za kilka lat – mówi Rafał Pietrasina.

Dodaje, że na polskich stacjach paliw sytuacja powoli będzie się zmieniała, tzn. ceny paliw będą miały trend wzrostowy.

- Jest to spowodowane przede wszystkim powoli rosnącą ceną ropy. Biorąc pod uwagę również to, że kolejne obostrzenia systematycznie są znoszone, należy spodziewać się, że wartości poniżej czterech zł na litrze benzyny odejdą w zapomnienie – mówi prezes spółki Anwim.

Sieć MOYA mimo trudnej sytuacji w polskiej gospodarce nie zrezygnowała ze swoich ambitnych planów rozwoju. W ostatnich tygodniach otwarte zostały dwie stacje własne Anwim S.A. w Poznaniu (z rozbudowaną ofertą gastronomiczną) i Gostyniu. W pierwszym tygodniu czerwca w sieci MOYA otworzono kolejną stację paliw – tym razem franczyzową – położoną w Wełeczu w woj. świętokrzyskim, przy trasie z Pińczowa do Buska-Zdroju.

- Kontynuujemy rozwój sieci stacji paliw MOYA. Mamy już ponad 250 obiektów, które zlokalizowane są na terenie całej Polski – zarówno w mniejszych miejscowościach, przy drogach lokalnych, jak i w dużych miastach, przy drogach krajowych i szybkiego ruchu. W ten sposób realizujemy naszą strategię, która zakłada, że do końca 2023 r. naszych stacji w całej Polsce będzie minimum 350 – mówi Filip Puchalski, dyrektor ds. operacyjnych, członek zarządu w Anwim S.A.

Filip Puchalski jest optymistą, jeśli chodzi o realizację strategii. Gospodarka wciąż mierzy się jednak ze skutkami epidemii koronawirusa, a na horyzoncie cały czas majaczy jesienny jej nawrót, o którym wspominają eksperci.

- Spodziewamy się, że plan odmrażania gospodarki z czasem będzie pobudzał sprzedaż na stacjach paliw. Jesteśmy świadomi, że sytuacja jest dynamiczna i wiele może się zmienić, ale obecnie jesteśmy świadkami stabilizacji. Wierzymy, że w okolicach lipca zaczniemy odbudowywać sprzedaż. Jeśli jesienią nie będzie silnego nawrotu epidemii w kraju, do końca roku spodziewamy się wrócić do punktu wyjściowego. Sądzimy także, że w nadchodzące wakacje znacznie mniej osób zdecyduje się na wyjazdy zagraniczne, spędzając swoje urlopy w kraju. Ten fakt może być dodatkowym czynnikiem poprawiającym wyniki sprzedaży – mówi Puchalski.

Paliwo tańsze już nie będzie

Analitycy Biura Maklerskiego Reflex wskazują, że paliwo nie będzie tanieć. W swoich opracowaniach mówią o pierwszych od prawie czterech miesięcy podwyżkach cen paliw. Łódzki Reflex pisze, że szczegółowa analiza cen pokazała, że na niektórych stacjach w ciągu tygodnia paliwa podrożały nawet o kilkanaście groszy na litrze lub więcej. W skali kraju nie widać obecnie większych ruchów.

- Z uwagi na dość trwałą zmianę sytuacji na rynku hurtowym, w następnym tygodniu prawdopodobny wydaje się wzrost cen paliw na stacjach rzędu 4-8 groszy na litrze – prognozują analitycy BM Reflex.

Wpływ na poprawę nastrojów na rynku miały wypowiedzi członków Międzynarodowej Agencji Energii, którzy stwierdzili, że choć wciąż jest wiele niepewności, to rynek ropy naftowej może się zbilansować szybciej niż oczekiwano, a to, co najgorsze możemy mieć już za sobą.

Międzynarodowa Agencja Energii prognozuje obecnie, że średnioroczne tempo spadku konsumpcji ropy naftowej na świecie wyniesie w tym roku 8,6 mln baryłek dziennie. Jeszcze miesiąc temu prognozowano, że będzie to 9,3 mln baryłek na dzień. Zdaniem MAE po ogromnym wzroście zapasów ropy naftowej w I połowie tego roku (9,7 mln baryłek dziennie), druga połowa roku przyniesie ich spadek o 5,5 mln baryłek na dobę - wskazało biuro.

- Od początku roku obserwowaliśmy tendencję spadkową cen ropy naftowej z mocnym tąpnięciem w pierwszej dekadzie marca. W kwietniu, po raz pierwszy w historii, stanęliśmy w obliczu sytuacji, gdy osiągnęły one wartość minusową w kontraktach terminowych na następny miesiąc. Przyczyn tej sytuacji można dopatrywać się na wielu płaszczyznach. Z jednej strony świat zaczął mierzyć się z pandemią koronawirusa – kwarantanny społeczeństw i wyhamowanie wielu branż – m.in. transportu i turystyki, doprowadziły do gwałtownego spadku popytu na paliwa. Innym istotnym czynnikiem był także niedawny brak porozumienia Arabii Saudyjskiej i Rosji dotyczący ograniczenia produkcji. Wszystko to spowodowało, że magazyny ropy naftowej szybko się zapełniły i przy niskiej konsumpcji oraz braku istotnego ograniczenia produkcji nie było jej gdzie składować – mówi Rafał Pietrasina prezes zarządu Anwim.

Agencja Reuters podała, że bank Morgan Stanley ma obawy, czy szybki wzrost cen ropy nie generuje ryzyka w związku ze wciąż niepewnym popytem. Zdaniem analityków banku globalny popyt na ropę może nie powrócić przed końcem 2021 roku do poziomów sprzed COVID-19. Morgan Stanley podkreśla, że marże związane z przerobem ropy są bardzo niskie, podczas gdy zapasy produktów w relacji do zapasów ropy są wysokie. Najprawdopodobniej oznacza to utrzymywanie się niskiego popytu.

*materiał powstał we współpracy z firmą Anwim

Źródło: Wprost
 0

//