Sądy nie chcą oddłużać Polaków. Wszystko przez zmianę przepisów

Sądy nie chcą oddłużać Polaków. Wszystko przez zmianę przepisów

Sędzia, zdjęcie ilustracyjne
Sędzia, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Shutterstock
Tego efektu (skutecznego oddłużenia) nikt nie jest mu w stanie w obecnym reżimie prawnym zagwarantować. Przepisy zostały zmienione w ten sposób, że dopiero na końcu postępowania upadły dowie się, czy w ogóle na oddłużenie zasługuje.

W poprzednim wpisie starałem się udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: Czy warto upaść? Konkluzja była następująca: jeżeli sądowa upadłość jest koniecznym narzędziem na drodze do uporządkowania swojego życia, to TAK. Niemniej, nowe prawo upadłości konsumenckiej – obowiązujące od 24 marca 2020 roku – może być w wykonaniu tego „porządkowania” pomocne, ale może być także – poważną przeszkodą.

W trzecim kwartale zeszłego roku sądy ogłosiły blisko 1850 upadłości konsumenckich. W trzecim kwartale tego roku – ponad 4000! Suche liczby są jednoznaczne. Nowa upadłość działa, więcej ludzi upada, więcej ludzi wyjdzie z długów i rozpocznie nowe życie! Prawda jest jednak bardziej złożona.

Poprzednio obowiązujące prawo upadłości konsumenckiej umożliwiało upadłość tylko tym dłużnikom, którzy nie ponosili winy za swoje długi. Nie ponosili winy, czyli nie można było przypisać im umyślności lub rażącego niedbalstwa w doprowadzeniu do powstania zadłużenia lub znacznego jego zwiększenia. Skutkiem takiego prawa, co drugi dłużnik otrzymywał upadłość. Innymi słowy – co drugi dłużnik odchodził z kwitkiem. Obecnie obowiązujące prawo mówi natomiast: jeżeli jesteś konsumentem, utraciłeś zdolność do spłacania swoich długów i prawidłowo wypełnisz formularz wniosku o upadłości, to po uiszczeniu opłaty w wysokości 30 złotych upadłość otrzymasz. Niezależnie od tego, czy jesteś winny swoim długom, czy też nie. Żadna umyślność i rażące niedbalstwo nie jest przeszkodą. Witaj w świecie upadłych!

Czytaj też:
Kto jest największym wrogiem dłużników? Odpowiedź zaskakuje

Gdyby to nowe prawo obowiązywało w trzecim kwartale zeszłego roku, upadłości byłoby wówczas ok. 3600, czyli w liczbie zbliżonej do tegorocznej. Czy w związku z tym sytuacja niewypłacalnych dłużników – zeszłorocznych i tegorocznych – rzeczywiście efektywnie się zmieniła? Według mnie tak, ale nie z powodu liczby ogłaszanych upadłości, a ze względów na skutki ogłoszenia upadłości. Te 1850 osób z zeszłego roku może bowiem realnie mieć nadzieje na uwolnienie od długów. Tegoroczne 4000 już takiej pewności (co do skutecznego oddłużenia) mieć nie może.

Czy upadłość oznacza oddłużenie?

Przed marcową zmianą przepisów niewypłacalny dłużnik miał dwa wyjścia: albo dożywotnio organizował sobie życie tak, by „ukrywać” siebie i swój majątek przed komornikami i windykatorami, albo wybierał drogę upadłościową. Jeżeli sąd stwierdził, że upadłość dłużnikowi się nie należy, pozostawało mu wyjście numer jeden („ukrywanie” siebie i majątku). Jeżeli jednak sąd upadłość ogłosił, dłużnik tracił wprawdzie cały majątek, ale uzyskiwał w zamian uwolnienie od długów. I to w realnej do ocenienia perspektywie czasowej. Zazwyczaj kilku lat. To było pewne.

Czytaj też:
Kancelarie prawne biją się o tych klientów. Chodzi o gigantyczne długi

Pod rządami dzisiejszego prawa upadłości konsumenckiej, uzyskanie postanowienia sądu o ogłoszeniu upadłości niczego już dłużnikowi nie gwarantuje. Ogłoszenie upadłości nie jest bowiem tożsame z oddłużeniem. A przecież dla dłużnika powinien liczyć się tylko efekt w postaci oddłużenia. Po to „idzie” się do upadłości. Tego efektu (skutecznego oddłużenia) nikt nie jest mu w stanie w obecnym reżimie prawnym zagwarantować. Przepisy zostały zmienione w ten sposób, że dopiero na końcu postępowania upadły dowie się, czy w ogóle na oddłużenie zasługuje. Jeżeli nie zasługuje, ponieważ doprowadził do swojej niewypłacalności lub istotnie zwiększył jej stopień w sposób celowy, pozostanie z nieumorzonymi długami i jedynym wyjściem będzie nadal „wyjście numer jeden”, czyli „ukrywanie” siebie i majątku do końca życia. Z tym, że majątku już nie będzie, ponieważ cały jego majątek zostanie zlikwidowany w postępowaniu upadłościowym, pieniądze podzielone pośród wierzycieli, a długi zostaną. Po co więc było upadać?

Jeżeli upadły zasłuży na oddłużenie, a dotyczy to dłużnika, którzy nie ponosi winy za swoją niewypłacalność albo gdy zostanie uznany przez sąd za umyślnego lub rażąco niedbałego w doprowadzeniu do swojej niewypłacalności lub istotnego zwiększenia jej stopnia, może liczyć na umorzenie zobowiązań bez ustalenia planu spłaty, na plan spłaty ustalony do 3 lub do 7 lat, lub dodatkowo na warunkowe umorzenie zobowiązań na okres 5 lat, po czym możliwe jest ustalenie planu spłaty do 3 lub do 7 lat.

Uf!!! Sporo zagmatwanych opcji, a decydował będzie o tym sąd, po złożeniu stosownego wniosku przez syndyka przy aktywnym udziale wierzycieli. Wszystko to po wcześniejszej likwidacji całego majątku upadłego. Dopiero po wykonaniu ewentualnego planu spłaty długi zostaną umorzone, o ile upadły wykona także inne, nałożone ustawą obowiązki. Kiedy więc i czy w ogóle upadły uzyska oddłużenie? „Konia z rzędem temu”, kto zagwarantuje upadłemu, jaka czeka go przyszłość i czy postępowanie będzie trwało lat kilka, czy może kilkanaście (!). A to niestety możliwe!

Czytaj też:
Jak zabezpieczyć swój majątek? Poradnik Krzysztofa Oppenheima

…i jeszcze jedna ważna rzecz na zakończenie

Niezmiennie, konsekwentnie i z pełnym przekonaniem będę głosił: jeżeli sądowa upadłość jest koniecznym narzędziem na drodze do uporządkowania swojego życia, to warto upaść! A nowa upadłość konsumencka – choć o wiele trudniejsza do przejścia w porównaniu do poprzednio obowiązującego prawa – daje jednak szanse na nowy życiowy start. Tak naprawdę osoby, które zasługiwały na upadłość pod rządami poprzedniego prawa i tak „nową” upadłość dostaną. Ich sytuacja w zasadzie się nie zmieniła: będą oddłużeni i to może nawet szybciej. Ci natomiast, którzy upadłości poprzednio by nie dostali, teraz mają szanse na oddłużenie, chociaż ich droga będzie bardziej wyboista: trudniejsza i dłuższa. Ale i tak chyba lepiej oddłużyć się w ciągu 7 lat, niż dożywotnio spłacać niespłacalne długi.

Wielu tzw. „znawców tematu” potrafi bez cienia wątpliwości odpowiedzieć na pytanie, „czy warto upaść?” jednoznacznie i krótko: tak lub nie. Dla mnie każda historia zadłużonego człowieka jest inna, osobista, złożona. Skuteczny scenariusz wyjścia z długów musi być „szyty na miarę”. A to dlatego, że „oddłużeniowa podróż” musi skutkować lepszym, nowym życiem, a nie być karą za poprzednie życiowe błędy. W trzeciej części wpisów „Czy warto upaść? opowiem kilka historii z życia wziętych. Może czytelnik odnajdzie w nich „swoją” historię i ułatwi mu to podjęcie decyzji: co dalej?

Czytaj też:
2,5 mln Polaków wpadło w tarapaty. Jest na to lekarstwo

Źródło: Wprost
 0

//