Barbara Borys-Damięcka: Byłam pierwszą kobietą w Polsce, która podjęła się płacenia alimentów

Barbara Borys-Damięcka: Byłam pierwszą kobietą w Polsce, która podjęła się płacenia alimentów

Barbara Borys-Damięcka
Barbara Borys-Damięcka / Źródło: Newspix.pl / GRZEGORZ KRZYZEWSKI/FOTONEWS
Dlaczego nie wyszło jej w małżeństwie, czy zamknęłaby teatr gdyby dalej była dyrektorką warszawskiej Syreny, co sądzi o walce z epidemią, strajku kobiet i o płaceniu alimentów po rozwodzie. O tym senator Barbara Borys-Damięcka opowiada Monice Zamachowskiej.

Monika Zamachowska: Słyszała Pani o narodowej kwarantannie?

Barbara Borys-Damięcka: Tak, oczywiście, właśnie próbuję to sobie wyobrazić. Może odpowiednie służby będą jeździć po mieście i zamykać klatki schodowe, żeby nikt nie wyszedł?

No chyba że, jak prosił pan premier, „przeniesiemy te nasze niesnaski do internetu”… Pani Barbaro, dlatego, między innymi, chciałam się z Panią spotkać. Pani już niejedno w tym kraju przetrwała. Czy może nas Pani natchnąć otuchą, że nieprzemyślane, chaotyczne ruchy rządzących nie zdeterminują życia tego kraju na wiele lat?

W tym momencie powinnam chyba powiedzieć, że mnie już nic nie dziwi, bo dość długo żyję na tym świecie. Dwa dni temu skończyłam 83 lata. Ale tak nie jest. Nigdy nie przeżyłam takiego momentu dziejowego, takiego zjawiska, które zagrażałoby całej populacji Polski.

Delikatnie mówiąc, jestem zaniepokojona, bo widzę, że rząd kompletnie sobie nie radzi z tą pandemią.

O ile wiosną można to jeszcze było zrozumieć, w końcu wszystkich nas zasięg tej epidemii zaskoczył, o tyle teraz, gdy wiemy już sporo o tym wirusie, bezsensowne działania rządu są dla mnie niezrozumiałe. Jak choćby ostatnie obostrzenia: dlaczego zamykać sklepy w sobotę, z zaskoczenia, dokładnie w momencie, gdy wszyscy mogliby zrobić trochę zapasów na następny lockdown, kupić dzieciom kurtki na zimę, rodzicom parę książek do przeczytania w izolacji, a sobie naprawić komputer? To dla mnie niepojęte. Co by te kilka dni zmieniło, szczególnie w sytuacji, gdy już mamy do czynienia z totalną niechęcią do ponownego uruchomienia handlu w niedziele?

A może chodzi o to, żeby pokazać nam, maluczkim, że ten, kto ma władzę, nie zawaha się jej użyć?

Myśli pani, że wrócą sklepy za żółtymi firankami, w których zaopatrywać się będą członkowie rządu i ich rodziny?

Mam nadzieję, że nie.

Ja nie widzę w tych działaniach złośliwości. Ona się inaczej przejawia, choćby w różnych oświadczeniach ministra edukacji. To z jego ust słyszymy groźby i szantaże wobec ludzi, którzy i tak są już zdenerwowani i zdesperowani.

Czytaj też:
Dlaczego Czarnek przypomina Giertycha. Jak kolejni ministrowie niszczyli polską edukację

Pytam więc, po co tak działać?

Myślę, że chodzi o to, żeby przykryć i zagłuszyć parę większych problemów, na przykład problem pustej kasy państwa. Żeby była jasność: uważam, że przyznanie 500+ to była decyzja bardzo słuszna, ale to nie przez 500+ kasa jest pusta, a przez szereg innych, złych decyzji, których przykładem są 2 miliardy zł dla telewizji tzw. publicznej albo finansowanie działań Tadeusza Rydzyka czy zakup kolejnych nowych limuzyn dla rządu.

Poza tym twierdzę, że nasi rządzący nie kochają tego społeczeństwa. Zamknęli się w swojej kaście i o siebie dbają. Ludzie są im obcy. Nie lubią ich.
Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika e-Wprost.

Aktualne wydanie e-Wprost dostępne jest w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

//