Sylwester jednak bez godziny policyjnej. „Kolejny publiczny pokaz niekonsekwencji”

Sylwester jednak bez godziny policyjnej. „Kolejny publiczny pokaz niekonsekwencji”

Mateusz Morawiecki
Mateusz Morawiecki / Źródło: Newspix.pl / Damian Burzykowski
Wybitny astrofizyk Stephen Hawking mawiał, że „fundamentalną zasadą rządzącą wszechświatem jest to, że przyczyny występują przed skutkami”. Nigdy odwrotnie. Nie wiem, czy premier Mateusz Morawiecki jest miłośnikiem twórczości Hawkinga. Nawet jeśli, to ma do przemyśleń naukowca luźne podejście. Szkoda, bo cierpimy na tym wszyscy.

– Apelujemy o to, by sylwestra spędzić w gronie kameralnym. Tylko grupy zawodowe, które muszą korzystać z baz hotelowych, będą do tego uprawnione - w tym przypadku trwają jeszcze konsultacje. Prosimy i apelujemy o pozostanie w domach. My godziny policyjnej nie wdrażamy. Aby ona mogła być zastosowana, to - za zgodą prezydenta - należałoby wdrożyć stan wyjątkowy – powiedział w niedzielę premier Mateusz Morawiecki. Tym samym podważył komunikat ministra zdrowia, który 10 dni wcześniej, 17 grudnia, ogłaszał bezwzględny zakaz poruszania się w w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia w godzinach od 19:00 do 6:00. – Same apele to za mało – podkreślał wtedy minister Adam Niedzielski.

Czytaj też:
Ostatnie loty z Wielkiej Brytanii do Polski. Relacja „Wprost” z lotniska. „Nie wiedzieliśmy, gdzie się przebadać"

Premierowska zamiana zakazu w apel dokonała się w Warszawie, ale głębokie „uff” dało się słyszeć nawet w najdalszych zakątkach kraju. Oto bowiem Polacy, którzy w ostatnich miesiącach coraz częściej odbywają sentymentalną podróż do PRL-u i ponownie za jedną z największych cnót uznawana jest umiejętność kiwania niezbyt rozgarniętego państwa, dostali kolejną okazję do wykazania się antyrządową kreatywnością.

„Apel” brzmi przecież o niebo lepiej niż „zakaz” i stwarza spore możliwości. Na przykład - nieusłyszenia go, a stąd już prosta droga do dobrej zabawy sylwestrowej w dowolnej lokalizacji. Nie sposób przecież wymagać respektowania żadnych zakazów, nakazów czy zaleceń, jeśli te nie tyle ulegają ciągłym modyfikacjom, co są bez przerwy podważane przez kolejnych członków tego samego rządu.

O efektach takiego braku konsekwencji pisał niedawno we „Wprost” Marcin Dobski, który bez problemu znalazł działającą w centrum Warszawy restaurację. Czy można wymagać od restauratorów respektowania przepisów, które wprowadzano z dnia na dzień i którymi, sądząc po lokalizacjach otwartych lokali, nikt specjalnie się nie przejmuje?

Czy można liczyć na to, że w Sylwestra Polacy zostaną w domach, skoro zakaz zmieniono w apel i po raz kolejny urządzono publiczny pokaz niekonsekwencji?

Odpowiedzi są dość oczywiste, a przy ich udzielaniu warto pamiętać o hawkingowych „przyczynach przed skutkami”. Rządzący mrugają do nas i wyraźnie dają do zrozumienia, że obostrzeń nie ma co traktować poważnie. One istnieją tylko teoretycznie. Tak jak teoretycznie, przez kilka godzin, istniała ogłoszona przez ministra Niedzielskiego „narodowa kwarantanna”. Tę - rzecznik PiS Radosław Fogiel - szybko zmienił w „przedłużony etap odpowiedzialności”. Skracając w ten sposób drastycznie etap powagi.

– Cieszę się, że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii. To jest dobre podejście. Już teraz nie trzeba się jego bać. Trzeba pójść na wybory – mobilizował w lipcu premier Morawiecki. Lato dawno za nami i teraz pora na nowe wyzwania.

Wersja zimowa cytatu, mobilizująca do beztroski, mogłaby brzmieć tak: „Cieszę się, że coraz mniej obawiamy się tych apeli, tych obostrzeń.

To jest dobre podejście. Już teraz nie trzeba się ich bać. Trzeba pójść na Sylwestra”. Dobrej zabawy!

Artykuł został opublikowany w 49/2020 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 3