Na COVID dziś umierają zarażeni podczas świąt. Apel doradcy premiera „Kontaktujcie się ze służbą zdrowia"

Na COVID dziś umierają zarażeni podczas świąt. Apel doradcy premiera „Kontaktujcie się ze służbą zdrowia"

Walka lekarzy o życie pacjenta ze zdiagnozowanym wirusem Covid-19. Oddział intensywnej terapii w szpitalu w Bochni
Walka lekarzy o życie pacjenta ze zdiagnozowanym wirusem Covid-19. Oddział intensywnej terapii w szpitalu w Bochni / Źródło: Newspix.pl / Newspix.pl
Starsze osoby mogą nie mieć wysokiej gorączki, długo nie odczuwać duszności. Jeśli za długo czekają z wezwaniem pogotowia, zapalenie płuc rozwija się, szybko dochodzi do niewydolności oddechowej i sepsy. Prof. Andrzej Horban, główny doradca premiera, apeluje, by nie zwlekać z wzywaniem pogotowia u tłumaczy, dlaczego stoki narciarskie zostały zamknięte. Mówi, jak choruje człowiek, który dusi się z powodu COVID i jak trzeba leczyć, by zmarło jak najmniej osób.

W weekendy liczba raportowanych zgonów z powodu COVID jest mniejsza, jednak średnio wciąż 300-400 osób codziennie umiera. Dlaczego tak dużo?

Liczba zgonów i tak się zmniejszyła, w listopadzie było to 500 osób dziennie. Ciężko chorują i umierają osoby 80+: u prawie 20 proc. z nich choroba kończy się zgonem. Średnia wieku pacjentów u nas na oddziale to 75-80 lat. Ciężkie zapalenie płuc w tym wieku często jest śmiertelne, zwłaszcza jeśli ktoś ma też inne choroby. Niestety, wszystkie nasze przewidywania sprawdziły się: dziś na oddziale mamy osoby zakażone w okresie świąteczno-noworocznym

Skąd pan wie, że te osoby faktycznie zakaziły się podczas świąt i spotkań rodzinnych?

Pytamy je. Niestety, w czasie świąt pojechali do rodziny albo rodzina do nich przyjechała. Młody człowiek choruje zwykle w sposób niezauważalny: kaszel, niewielka gorączka. Starsze osoby często są tak bezradne, że odpowiednio wcześnie nie kontaktują się z lekarzem. Być może część z nich byłaby do uratowania, gdyby wcześniej zgłosiła się do lekarza. Zapalenie płuc może rozwijać się wolno, a starsza osoba często nie ma wysokiej gorączki. Nie ma też poczucia duszności, ponieważ „wyłącza się” u niej ośrodek receptorowy, który reaguje na spadek poziomu tlenu. Gdy młody człowiek ma duszność, szybko zauważa, że się męczy, ma zadyszkę. A starszy? Siada, kładzie się do łóżka. Nie zauważa pierwszych objawów duszności. Choć lekarz mógłby je zauważyć, nawet gdyby przez telefon porozmawiał z pacjentem.

Pacjent może teraz dostać pulsoksymetr i sprawdzać poziom tlenu we krwi.

Starsza osoba często nie potrafi tego zrobić. Zresztą, nawet jak zmierzy sobie poziom saturacji, to uważa, że będzie lepiej, gdy odpocznie. Albo nie chce wzywać pogotowia i iść do szpitala. Jeśli poczeka zbyt długo, to zaczyna się dramat, bo zapalenie płuc rozwija się. A potem wszystko leci jak huragan: dochodzi do niewydolności oddechowej i posocznicy. Dlatego nie lekceważmy objawów, zwłaszcza u ludzi starszych, nie leczmy się sami – skontaktujcie się ze służbą zdrowia. Naprawdę, jesteśmy do Waszej dyspozycji!

Kiedy będzie pan rekomendował otwieranie gospodarki?

Gospodarka już się otwiera, otwierają się szkoły. Trzeba to jednak robić powoli. Sama Pani mówi, że jest dużo zgonów. W takim przypadku pozwolić na pełne otwarcie, spotykanie się żeby wrócić do 30 tys. zakażeń dziennie i 600 -1000 zgonów?

Trudno jednak wytłumaczyć zamknięcie stoków narciarskich?

To nie jest problem stoków narciarskich, tylko polskiej mentalności. W Szwajcarii stoki są otwarte, ale Szwajcar inaczej się zachowuje. Na stoku ludzie maja maseczki. Jak nie maja, podjeżdża policjant, i przy aprobacie innych zabiera karnet. Restauracje są zamknięte, Szwajcar tam nie pójdzie. A u nas? Bar przy stoku jest zamknięty, jedzenie i picie tylko na wynos, ale wszyscy stoją obok siebie, jedzą, piją. Gdy 30-latek z dzieckiem pojedzie na narty, to nawet, jak się zarazi, najwyżej pójdzie na zwolnienie lekarskie. Ale jeśli zarazi ojca, dziadka, to pamiętajmy o 20 proc. ryzyka zgonu. A wirus łatwo się dziś transmituje. Wielka Brytania ma 40-60 tys. zakażeń dziennie.

To znaczy: lepiej byłoby nie otwierać gospodarki, aż starsze osoby nie zostaną zaszczepione?

Ja jestem za tym, żeby otwierać gospodarkę powoli, kierując się liczbą chorych i liczbą umierających. Bardzo możliwe, że wrócimy do stref. Ważne, żeby po tym otwarciu wszyscy od razu nie pojechali do Zakopanego, bo znów będziemy mieć kilka tysięcy zgonów, których można było uniknąć. Tak jak pod koniec ubiegłego roku, kiedy mieliśmy duży wzrost liczby zgonów. Część tych osób mogła mieć COVID, tylko nawet nie została zdiagnozowana; inni chorowali na coś innego, ale nie dostali się do lekarza, bo system był przeładowany pacjentami, którzy mają ciężkie zapalenie płuc i po prostu się duszą.

Mało kto zdaje sobie sprawę, jak ciężko choruje człowiek, który nie ma połowy płuc i zaczyna się dusić w przebiegu COVID.

Dużo pan widział takich osób?

Setki. Od lutego mieliśmy tu w szpitalu, dysponującym kilkoma oddziałami, kilka tysięcy osób.

Wielu z nich zmarło?

W naszym szpitalu – mimo wszystko, nie.

Sposób leczenia ma znaczenie?

Trudno wymagać od internisty czy chirurga, żeby potrafił znakomicie leczyć posocznicę. My potrafimy, bo ja to robię od prawie 50 lat, moi koledzy też nie gorsi, mamy świetny zespół, szpital jest nastawiony na leczenie takich infekcji. Jednak śmiertelność na oddziale intensywnej terapii wynosi 70 proc., dlatego staramy się robić wszystko, by pacjent tam nie trafił. Dlatego tak potrzebny jest tlen. Staramy się unikać konieczności podłączenia pod respirator. System opieki na oddziałach intensywnej terapii polega na tym, że na jednego pacjenta powinna przypadać jedna pielęgniarka. Każdemu pacjentowi trzeba zmienić pozycję co 15-30 minut, a są to osoby nieprzytomne, ważą 100, 120 kg. Często muszą to robić trzy osoby. Mamy zespół, który pracuje od lat, cały szpital jest dostosowany do leczenia takich pacjentów. To dziesiątki szczegółów, które ćwiczy się latami: trzeba mieć sprzęt, który sprawnie dostarczy te 60 litrów tlenu na minutę, laboratorium, lekarza, który co godzinę wykona gazometrię, sprawdzając wysycenie krwi tlenem.

Dlaczego lepiej unikać konieczności podłączenia pod respirator?

Respirator wymusza oddech, a pacjent musi być wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej. Gdy leży, zaczyna zbierać się wydzielina, która łatwo się nadkaża, dochodzi do infekcji bakteryjnej. Im więcej pacjent się rusza, tym lepiej, dlatego staramy się jak najdłużej utrzymywać chorych na tlenie. Dopóki mogą, zachęcamy ich do chodzenia, nawet jeśli dostają już tlen. Jednak w momencie przekroczenia pewnej liczby chorych na liczbę personelu, opieka na OIOM dramatycznie się załamuje. Śmiertelność może sięgać 95 proc. To intensywna terapia; jak jest odpowiednia liczba lekarzy, pielęgniarek, jak w porę odkręci się rurkę, poda więcej tlenu, to człowiek przeżyje. Jeśli jednak zrobi się to za późno, to człowiek nie ma szans. COVID to choroba, która może mieć dramatyczny przebieg. Jeśli jednak uda się przetrwać te kilka najtrudniejszych dni, to pacjent ma szansę wyzdrowieć.

Prof. Andrzej Horban, główny doradca ds. COVID-19 Prezesa Rady Ministrów, konsultant krajowy w dziedzinie chorób zakaźnych, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych dla Dorosłych Wydziału Lekarskiego WUM i ordynator oddzialu Wojewodzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie.
Źródło: Wprost
 1

//